Nie znam się na związkach - nie mam żadnego doświadczenia w tej kwestii i to widać. Czasem popełniam gafy. Mimo wszystko stawiam na szczerość i na rozmawianie - czasem o rzeczach na prawdę niełatwych. Wolę mieć jasność niż robić podchody.
Dziś mamy rocznicę ;) Mija dokładnie miesiąc odkąd się pierwszy raz zobaczyliśmy. Kto by przypuszczał, że tak wszystko się to potoczy. Że ja - właśnie ja - będę z kimś w związku. W związku z mężczyzną.
Co się zmieniło przez ten miesiąc? Przede wszystkim chyba zaczynamy dostrzegać swoje wady. Najczęściej są to pierdoły, które jednak w jakiś sposób irytują. Chyba to polega na tym, że trzeba to u siebie polubić, zaakceptować. Zmiana jednak tego raczej nie wchodzi w grę. Nie powinno się wymagać od kogoś zmiany, będąc tak krótko w związku - chyba jest za wcześnie.
Zresztą stawianie jakichkolwiek warunków jest nie na miejscu w związku. Można co najwyżej zachęcać partnera do zmian - nigdy jednak na zasadzie wymuszania, tylko delikatnej sugestii.
Jeśli o chodzi o sprawy łóżkowe, które tutaj poruszałem także: tego z czym się najmocniej seks między mężczyzną a mężczyzną nie zrobiliśmy. K. bardzo tego pragnie, ja się boję i szczerze mówiąc nie jest mi to potrzebne jakoś do szczęścia - być może kiedyś zmienie zdanie. Jest za wcześnie na to w każdym razie.
Odkryliśmy nasze ciała, wiemy co jest za intensywne dla nas, co z kolei nas łaskocze ;) to ważne, zresztą rozmawiamy na ten temat dość otwarcie - mówimy jasno, co nam się podoba, a co nie. Okazuje się też, że są rzeczy które ja lubię, a on nie i na odwrót. Trzeba się ciągle siebie uczyć i trzeba rozmawiać.
Co do samej seksualności... mówiąc szczerze uważam, że między nami jest za duża chemia. Nie jestem w stanie zapanować nad sobą, kiedy leżymy i już mamy iść spać. Po prostu pragnę go, a on mnie i często jest tak, że nie kończy się na "jednym razie". Nie wiem za bardzo jak nauczyć się panować nad sobą w tej kwestii.
No i tak wygląda moje pedalskie życie ;]
Spotykamy się prawie codziennie, przeważnie przyjeżdża do mnie, gdyś moja mama pracuje i nikogo nie ma wtedy w domu. Wyrzucam go tuż przed przyjściem mamy... Nocowałem także u niego dwa razy. Czasem chodzimy do knajpy, ukradkiem pod stołem dotykam jego dłoni, czy kolana - tak,by nikt nie widział, tak by nikogo nie gorszyć i nie ujawniać się z naszą orientacją ludziom obcym.
Postanowiłem nie mówić mamie przynajmniej narazie o tym. Przekonała mnie do tego rozmowa z innym gejem, którego znam. Uważa on, że może mi będzie łatwiej przez to, ale zadam tylko jej ból. I to jest prawda.
Nie pisałem długo, bo wiodę ostatnio dość intensywne imprezowe życie. Mam nadzieję, że to się skończy, bo już mnie to trochę męczy. Dzisiaj też mnie czekają właśnie dwie imprezy i posiadówka u sąsiadki urodzinowej.
Pozdrawiam wszystkich. Życzę wszystkim szczęścia i tego, byście się nie bali o szczęście walczyć - po prostu warto próbować.
Aha, przekonałem Hiszpana, by zaczął właśnie walczyć o swoje szczęście. Kiedyś, dawno temu, wydarzyło się coś w jego życiu, co go zamknęło na bycie z kimkolwiek. Wiele rozmów i nawet jego łzy... teraz mówi, że zmieniłem jego życie. Liczę na to, że ułoży sobie życie z kimś wspaniały, bo on też jest wspaniały i zasługuje na szczęście.
Aha, chciałem właśnie jeszce napisać, że nas - gejów - nie jest tak mało, jakby się mogło wydawać. Oprócz K., siebie, poznałem już kumpla od K., oczywiście także Hiszpana... Ponadto z opowieści ludzi, którym się przyznałem do bycia homoseksualistą wynika, że nie jest to taki mały odsetek.
Jeszcze raz pozdrawiam. Dużo dobra.
Dziś powiedziałem mojemu ostatniemu bliskiemu znajomemu o tym kim jestem. To było w sumie najcięższe - bo im bliższy znajomy/a - tym trudniej to powiedzieć.
Nie wiem jeszcze jak to przyjmie, póki co potrzebuje czasu.
Obecnie wszyscy moi najbliżsi znajomi wiedzą.
Ciekawe, czy odważę się porozmawiać o tym z mamą kiedyś. Chciałbym. Chciałbym by pokochała też i Krzysia. Może to głupie. Ale pragnę tego.
I tyle, póki co nic więcej nie napiszę.
Pozdrawiam wszystkich serdecznie i mam nadzieję, że w najbliższym czasie pojawi się tu obszerniejszy wpis.
Ps. Jeszcze w sumie jedna znajoma nie wie, ale podejrzewam że kontakt z nią się urwie samoczynnie ze względu na przeprowadzkę i rozpoczęcie życia małżeńskiego.
Właśnie wpieprzyłem pół 300g czekolady z orzechami laskowymi, popiłem Colą, a teraz siedzę sobie i paląc, i słuchając RMF-u , komponuję nowy wpis na moim gejowskim joggerze.
Wczoraj wylądowałem na mini domówce u zaprzyjaźnionej pary, znowu spałem poza domem...
Powiedziałem im o tym kim jestem. Właściwie źle mówię. Powiedziałem tylko połowie tej pary. W sensie dziewczynie od mojego starego, dobrego znajomego. W sekrecie.
Wiem, to nie do końca fair. Być może nie powinno się wystawiać ani mojej znajomości, ani ich związku na taką sytuację, jednak czułem, że mogę jej powiedzieć o tym. Natomiast z powiedzeniem tego jemu muszę poczekać.
Jak na złość w MTV czy innej VIVIE leciały takie bzdurne "mierniki" tego, czy ktoś z kimś może być razem (na podstawie imion). Czasem wyskakiwały właśnie pary w stylu: "Kamil" i "Bartosz": "Pasujecie do siebie doskonale. Bartosz szaleje za Kamil. 80%". Ogólnie to jest to żałosne, ale jakże trudne dla mnie jest śmiać się właśnie z tych żartów o zabarwieniu homoseksualnym.
Tak często się z tym spotykam, oczywiście jako człowiek, który się z tym kryje - dołączam do gwarnego śmiechu. Ale to w ogóle nie jest śmieszne. Ludzie nie zdają sobie sprawy, ile zawsze towarzyszy temu tragedii, problemów, smutku.
Wczoraj napisałem także mojej sąsiadce na gadu-gadu o tym, kim jestem. Można powiedzieć, że większość moich bliskich znajomych wie o tym. Większość wie , że jestem z Krzysiem.
To był wpis z wczoraj. Nie zdążyłem go upublikować, bo mama przyszła z pracy.
Byłem wczoraj pierwszy raz u Krzysia w jego pałacu. Tak, nie przesadzam. Jakoś doznałem szoku, gdy zobaczyłem jego ogromny dom (ja mieszkam w mieszkaniu na niecałych 50 metrach kwadratowych z mamą).
Aż mi wstyd teraz zapraszać go do siebie ;)
Zanim jednak zdecydowaliśmy, że pojedziemy do niego to piliśmy sobie piwko. Los nam sprzyjał, bo w ogródku, w którym sobie siedzieliśmy nie było nikogo.
Pozwolaliśmy sobie na trzymanie siebie za ręce, na dotykanie siebie za kolana...
Dla mnie to było takie miłe i niesamowite, że mogliśmy robić takie rzeczy w miejscu publicznym, nie robiąc nikomu krzywdy - bo nie było nikogo.
Troszkę wcięci postanowiliśmy pojechać do niego i spałem u niego (na trzeźwo chyba bym się nie zgodził, nie lubię robić nikomu problemów...).
Chcę powiedzieć jednak o czymś innym... ilość kłamstw opracowywanych przez nas przez ostatnie półtora tygodnia przekracza wszelkie granice. Wzajemnie dla siebie byliśmy już: kolegami, kumplami z dawnych lat, razem uczyliśmy się w liceum, opracowywaliśmy projekt na uczelnię, byliśmy kuzynami... dla każdego, ze względu na specyfikę i rodzaj relacji jesteśmy kimś innym.
To jest wręcz przerażające z jaką łatwością przychodzi nam kłamać - i to najbliższym. Ja swoim, on swoim.
Mam nadzieję, że my siebie nie będziemy nigdy kłamać...
I co mamy zrobić? Powiedzieć całemu światu prawdę, by zostać wydziedziczonym/spalonym na stosie/zaszufladkowanym/zniszczonym?
Poza tym chciałem napisać jeszcze o jednej rzeczy... Tak sobie myślę, wreszcie nasze życie seksualne zaczęło się układać. Może nie powinienem o tym pisać, ale seksualność jest ważna. A ja tu chcę pisać o całym moim życiu - w sensie emocjonalnym.
Pisałem w którejś notce, że porno a rzeczywistość to jak ogień i woda. Miałem (mam?) problemy z erekcją. Co właściwie wydaje się dziwne, bo gdy jestem sam i robię "to", co robi większość (wszyscy?), to jest ok. Niestety u mnie nie było ok.
Zanim poznałem Krzysia miałem taką potrzebę bliskości, że już obmyślałem, jakby tu się umówić "na szybki numerek" z kimkolwiek, byleby zakosztować, jak to jest.
Nie róbcie tego nigdy. Apeluję do młodych ludzi, którzy myślą tak jak ja wtedy.
Rozczarujecie się, zniechęcicie, poczujecie się jak szmata.
Ja właśnie czułem się źle, bo choć mój partner bardzo mnie podnieca, to sytuacja dla mnie była tak nowa i stresująca, że nie pozwoliło to erekcję. Do tego doszło jakieś poczucie winy, sprawy wiary... wszystko się nawarstwiło, bałem się, że będzie niezbędna pomoc specjalisty. Stwierdziłem też, że dla Krzysia poszedłbym do seksuologa, do psychologa, czy psychiatry: do każdego specjalisty, który mógłby mi pomóc.
Powiem tak, wszystko leży w głowie. Kiedy przyzwyczaiłem się do jego dotyku, ciała, zapachu, sytuacji... Dziś było w porządku, z czego się niezmiernie cieszę. Wcześniej było źle, a kolejne próby też kończyły się źle - bo poprzednie powodzenia nadawały jeszcze większej tremy, stresu, itd.
Dzielę się tym wszystkim z paru powodów.
Po pierwsze: szybki numerek z przypadkowym partnerem to głupota.
Po drugie: kiedy już ma do tego dojść (rada dla facetów ogólna) należy się po prostu wyluzować
Po trzecie: jeśli się coś takiego stanie, nie powinno się przejmować za bardzo - bo przecież to niczyja wina
Po czwarte: partner(ka), który(a) po takim wydarzeniu oleje jest nic nie warta tej osoby, która ma taki problem
Po piąte: porno kłamie, nigdy nie jest tak, jak na filmach (zarówno in plus jak i minus)
Po szóste: przesadzanie z pornografią i masturbacją prowadzi do przyzwyczajenia się tej części ciała do ręki, czy innych zachowań - gdy poznaje się partnera po prostu trzeba się go nauczyć...
Gratuluję tym, którzy przeczytali całość. Dziękuję za komentarza pod poprzednimi wpisami. Mam nadzieję, że nikogo nie zgorszyłem.
A na pytanie jak to się ma do wiary odpowiem być może w następnych wpisach.
Obiecałem wpis o wierze.
Miłujesz bowiem wszystkie stworzenia,
niczym się nie brzydzisz, co uczyniłeś,
bo gdybyś miał coś w nienawiści, nie byłbyś tego uczynił.
Jakżeby coś trwać mogło, gdybyś Ty tego nie chciał?
Jak by się zachowało, czego byś nie wezwał?
Co to znaczy wierzyć w Boga? Wierzyć w moim rozumieniu to wiedzieć, że jest Ktoś dobry, miłosierny, nieskończenie kochający, obecny w moim życiu. Nie jakiś Absolut, czy "wyższy byt". Po prostu Osoba. Wspaniała, bliska.
Jestem katolikiem. Wiem jak to brzmi. Jestem katolikiem i gejem. To jakby oksymoron. Ale tak jest.
Wiele lat byłem silnie zaangażowany w młodzieżowe środowisko katolickie: nieustanna formacja, rekolekcje, czuwania, itd. Odkryłem Boga dość mocno i zrozumiałem, że sens modlitwy nie opiera się na odklepywaniu Zdrowaśki.
Poznałem wspaniałych ludzi, w tym wspaniałych księży i ludzi żyjących wiarą na codzień.
Był czas kiedy byłem strasznym Katolem - prawie jak Cejrowski.
Jak to się wszystko ma do mojej obecnej sytuacji? Nadal wierzę. Wierzę w Boga. Wierzę, że Kościół jest wspaniały, ale nie ma dla mnie w Nim miejsca ze względu na to, że chcę być szczęśliwy - bo jeśli chcę być szczęśliwy to muszę być z kimś. Tyle razy słyszałem: nikt nie ma powołania do samotności.
Modlę się. Chociaż już od dłuższego czasu (rok?) sytuacja mojej wiary jest raczej w opłakanym stanie.
Pamiętam ostatnio, gdy mama mnie wysłała do spowiedzi przed pogrzebem babci, nie potrafiłem tego zrobić nawet dla niej. Siedziałem w kościele i wrzeszczałem na Boga, czemu nie pozwala mi być szczęśliwym.
Czy Krzyś to Jego odpowiedź?
Może to moje całe myślenie jest chore. Nie potrafię pogodzić wiary i tego kim jestem, a już w ogóle nie pasuje do tego związek, do którego dążę.
Może potrzebuję czasu, poukładać to wszystko. Nie chcę rezygnować z Boga, jest dla mnie ważny.
Na całe szczęście Krzyś to rozumie. Dla niego Bóg też jest ważny. Fragment, który zacytowałem na początku tego wpisu pochodzi właśnie z jego opisu na gadu.
Skoro Bóg mnie stworzył, a opinie naukowców mówią o tym, że homoseksualizm może być wrodzony, to może Bóg mnie nie skreśli... może wystarczy Jego Miłosierdzia na tyle...
Jak to mawia Krzyś: liczę na to, ze Bóg spojrzy na moje miłosierdzie, a nie na to z kim sypiałem.
Jest niby fajnie. Wszystko super. Ale...
Wlaśnie, zawsze musi być jakieś 'ale'. Przecież bez tego byłoby zbyt nudno - nie może być za kolorowo, bo byśmy zwariowali.
Z Krzysiem się układa i jest fajnie. Ale wczoraj mocno mnie coś zabolało... moja mama zapytała o Krzysia coś tam i stwierdziła potem: "a on to trochę dziwny jest, taki mało męski". Powiedziała to z takim uśmieszkiem... Dawno mnie tak coś mocno nie zabolało.
Może jestem ślepy. Pewnie tak, w tej sytuacji.
W sumie rzeczywiście - pisałem już o tym, że to nie jest "samiec", ale delikatny chłopak.
Może lekko przegięty - i co z tego?
No właśnie, "co", "co", "co".
Powiem szczerze, szukałem na tym portalu "normalnego" chłopaka - męskiego, nieprzegiętego. Poznałem kogoś innego, ale i tak zostałem zaczarowany.
Boję się. Boję się tego, że mi to zacznie przeszkadzać. Samo to, że o tym myślę źle wróży. Waham się. Nie chcę go skrzywdzić.
To zabrzmi strasznie, ale boję się reakcji moich znajomych. Oni będą patrzeć obiektywnie i trzeźwo. Ja ciągle mam różowe okulary. A jeśli go nie zaakceptują? A może nawet wyśmieją? Boję się.
I boję się, co będzie dalej. Bo jeśli pokonam te wszystkie trudności i myśli, to co dalej? Wynajmiemy mieszkanie w Warszawie (bo tam duże miasto, nikt o nic nie pyta?). Wyjedziemy do Holandii? Może nawet weźmiemy "ślub"?
Wszystko to jest przecież odległą przyszłością, ale ja myślę o tym. A myślenie mnie przeraża. Ile razy będę musiał udawać jeszcze przed mamą, która spodziewa się wnuków? Ile razy przyjdzie mi oszukiwać i kłamać w oczy przyjaciołom, czy znajomym?
Jestem pełen obaw. Gdybym mógł, to zmieniłbym moją orientację. Choćby dziś.
Ale i tak większości społeczeństwa się wydaje, że to po prostu pedałki - idiotki bez krztyny inteligencji - pierdolący się po kątach, ewentualnie przegięte cioty.
Nie mogę dotknąć osoby, na której mi zależy obecnie nawet w miejscu publicznym.
Wiem, piszę chaotycznie i nieskładnie, ale jakoś nie umiem tego wszystkiego tak pięknie wylać na klawiaturę.
Czy nie byłoby prościej wyjechać stąd daleko, zacząć wszystko od nowa?
Hm... nie wiem co tu napisać. Dzieje się tak wiele...
Wydaje mi się, że przeżywam swoją młodość po raz drugi. Wprawdzie mam 22 lata, ale zachowuje się jak rozbrykany nastolatek. Wczoraj z ekipą miałem iść na JEDNO piwo... skończyło się nieoczekiwanie inaczej - i było świetnie, nie żałuję niczego :)
Dziś zestresowałem się chyba najbardziej w życiu. Był u mnie Krzyś. Rozmawialiśmy sobie długo, ciągle wchodziliśmy sobie w słowo, bo tak wiele mieliśmy do opowiadania sobie nawzajem. O studiach, o znajomych, o mojej poprzedniej nocy (wylądowałem u kumpeli wraz z dwójką znajomych na noc ;)), o pierdołach, o rzeczach ważnych...
Strasznie żałuję, że nie możemy sobie więcej czasu poświęcać. Ale życie to nie bajka, choć jak na obecną chwilę to i tak czuję się właśnie jakbyśmy byli w jakiejś baśni.
W ogóle znajduję dużo analogii w naszej relacji z Krzysiem do Romeo i Julii. Tylko, że w naszym wypadku to jest to Romeo i Romeo... miłość zakazana. Wiem, wiem. To nie miłość. Narazie to wzajemne zauroczenie. Ale napisałem tylko jak czuję.
Wracając do wątku spotkania z Krzysiem. Pomimo gorąca, poszliśmy do drugiego pokoju. Nie planowaliśmy raczej niczego zbyt intymnego... poprzytulać się chwilkę może.
Tyle tylko, że czasem człowiek traci panowanie nad sobą.
Wiem, że to nieodpowiedzialne, ale mogę w sumie powiedzieć teraz, że mam za sobą "swój pierwszy raz". Chociaż to nie było to to, z czym od razu kojarzy się bliskość homoseksualna (postanowiliśmy, że może tego kiedyś spróbujemy, ale nie za tydzień, czy dwa, ani nawet za pół roku).
Nie nawidzę się pocić, ale leżąc na nim nie było to dla mnie istotne. Mój i jego pot. Ciało przy ciele. Bliskość... Ten pot nie śmierdzi, jest jakimś afrodyzjakiem, owocem intymności i bliskości, ciepła...
Co jednak najzabawniejsze to to, że moja mama ma wyczucie czasu. Do drzwi zadzwoniła 15 sekund po tym, gdy Krzysiu doświadczył orgazmu.
Nie, mama się nie zorientowała. Żar z nieba był dobrą przykrywką naszych spoconych ciał.
Nie potrafiłem jednak opanować drżenia rąk ze strachu przed wydaniem się tego wszystkiego.
Na szczęście mama chyba się nie domyśliła. Raczej na pewno.
Dzięki Bogu.
Nigdy nie przeżyłem takiej przyjemności, a później takiego stresu występujących zaraz po sobie.
Pamiętacie Hiszpana, o którym wspomniałem, że poznałem go w internecie?
Wczoraj pierwszy raz odkąd poznałem Krzysia rozmawialiśmy długo. Prawie do czwartej nad ranem.
Chcę powiedzieć tylko jedno. Nie wiedziałem, że człowiek może być tak bardzo zraniony - nieważne czy przez siebie samego, czy przez kogoś.
Ten człowiek wybrał samotność, by nie obarczać nikogo swoją przeszłością (która nie jest zresztą aż taka straszna, jaka mu się wydaje).
Od dawna próbuję go przekonać, by spróbował kogoś znaleźć. Czasem robię to delikatnie, czasem wręcz napastliwie. Nie mogę patrzeć, gdy tak dobry człowiek cierpi. Doskonale wiem, że pragnie być z kimś szczęśliwy, ale sam sobie na to nie pozwala.
Gdy mu wszystko opowiedziałem o Krzysiu to widziałem, że współdzieli ze mną radość. Później jednak rozpłakał się. Nie potrafiłem znaleźćzbyt mądrych słów. Jedynie to, że wiem, że ułoży sobie życie. Że ma szansę. Że od niego zależy jego szczęście. Że nic go nie przekreśla - żadne wydarzenie z przeszłości. Że jest miły, dobry, inteligentny, zabawny i przystojny. Nie pisałem to po to, by jakoś mu polepszyć nastrój, ale po to, by w to uwierzył, bo na prawdę tak jest.
Chcę coś napisać. Nie można rezygnować z marzeń. Nigdy się nie poddawajcie. Piszę w sumie ten tekst także dla siebie. Teraz jestem szczęśliwy (pomimo że na uczelni jest jakaś masakra ;)), ale wiem, że za jakiś czas role mogą się odwrócić. Wtedy powrócę do tego wpisu i go przeczytam. Pewnie po to, by na nowo uwierzyć. Bo przecież... marzenia się spełniają. Czasem nie tak, jak to sobie wyobrażaliśmy - ale marzenia nie są tylko do fantazajowania, ale do wdrażania.
Chciałem coś jeszcze napisać na temat znajomości internetowej. Tak, to się wydaje może śmieszne. Ale ja jestem człowiekiem, który obraca się w tym cybernetycznym świecie i ja wierzę nawet w to, że może zaistnieć coś na kształt relacji przez internet. Nigdy nie będzie to pełna relacja, ale jakaś szczątkowa forma.
Nie nazwę znajomości z Hiszpanem przyjaźnią, ale może... sam nie wiem, nie mam nazwy. Zależy mi na nim i dbam o niego. On dba o mnie. Nazwał mnie wczoraj młodszym bratem i ocierając łzy zapytał, jak to może być, że młodszy brat opiekuje się starszym.
Odpowiedziałem mu, że on pomagał mi - a teraz? A teraz przyszła pora na zmianę ról.
I ostatnie słowa, właściwe apel: nigdy siebie nie przekreślajcie w niczyich oczach. Marzcie. Warto marzyć. I nie tylko marzcie, dążcie do realizacji marzeń. Tego wszystkiego życzę Wam i sobie. Pozdrawiam serdecznie
Znowu nie umawiając się wcześniej - widzieliśmy się.
Wpadł do mnie na półtorej godzinki.
Mam wrażenie, że to wszystko dzieje się tak szybko. Wiem z rozsądku i komentarzy, że nie powieniem "mieć wrażenia'" tylko być pewny co do tej kwestii. Jednak...
Na uczelni część zaliczam - a część nie, bywa. Wrzesień wiele zadecyduje. Ale jestem dobrej myśli, jakoś pozytywnie nastrojony.
Co do Krzysia... jest to wspaniała osoba, jest między nami chemia. Ogromna chemia. Za ogromna. Chyba.
Nie wiem, nie znam się na związkach. Potrafimy godzinami być blisko siebie, przytulając się i całując. Zawsze po czymś takim czuję się otępiały, jakby na haju - całkowicie nawalony. Nie rozumiem po co ludzie biorą narkotyki! ;)
Czy to normalne, że spędzamy tyle czasu w ten sposób? Nie wiem... oczywiście jest rozmowa, są smsy, pisanie na gadu-gadu. Ale gdybym miał brutalnie matematycznie stwierdzić to jest fifti-fifti. Obawiam się, że to może nie powinno tak być. Że to za szybko i że w ogóle powiniśmy nawet z pocałunkiem poczekać o wiele dłużej...
Ale jak tu się powstrzymać?
I tak powstrzymujemy się wzajemnie przed tym, by nie zrobić ani kroczku dalej.
Chciałbym może już nie pisać tyle o naszej relacji w najbliższych wpisach. Skupiam się na tym, bo dzięki temu teraz wiem, że żyję i to zaprząta głównie moją głowę teraz.
Chciałbym w najbliższych wpisach poruszyć ważną dla mnie sprawę wiary.
Pozdrawiam wszystkich serdecznie i życzę... życzę miłości. Wam i sobie.
Wczoraj załapałem doła. Przez to, że źle się poczułem, że zaś uczelnia i milion spraw na głowie.
Dziś jest inaczej. Poukładalem sobie wszystko i przecież: jest jeszcze WRZESIEŃ.
Poza tym, spotkałem się dziś z Krzysiem... To było nieplanowane, spontaniczne spotkanie. Przyjechał pod uczelnię. Troszkę na początku się nie dogadaliśmy, gdzie wysiadł i szedłem w przeciwną stronę, ale to się wytnie ;)
W każdym razie... zamówiliśmy piwo i wybraliśmy się w kąt knajpy, by niczyje ciekawskie uszy nie przeszkadzały.
Rozmawialiśmy. Jak zwykle: o pierdołach, o rzeczach ważnych, o naszych znajomych, o naszym 3-dniowym maratonie spotkaniowym. Nie mogłem spojrzeć mu w oczy za długo, bo od razu włączało się we mnie zbyt tkliwe spojrzenie i niepohamowana chęć, by choć na chwilę wziąć go za rękę.
Nie możemy sobie jednak na to pozwolić.
Jedyne na co mogliśmy sobie pozwolić to delikatne położenie mojej dłoni na jego kolanie pod stołem - tak, by nikt nie widział. Albo jego dłoń na moim kolanie. Chociaż tyle.
Będziemy się widzieć w piątek - też króciutko, bo pewnie jakieś 2 czy 3 godziny. Obydwaj mamy sesje, dwa kierunki. Wykształcenie jest dla nas ważne, więc zachowujemy resztki rozsądku, by nie zaniedbać za bardzo naszych uczelni.
Pozdrawiam wszystkich czytających tego bloga. Przepraszam, że tak dużo jest tu o Krzysiu... ale to on obecnie zaprząta całe moje myśli.
Mój chłopak uważa, że jestem przystojny. Nie mogę w to uwierzyć.
Dziś nie czuję się najlepiej - ale jedynie pod względem fizycznym. Ostatnie noce to nieregularny sen, alkohol.
Do tego boli mnie gardło, mam biegunkę i stan podgorączkowy.
Myślę, że to wszystko ma też związek ze stresem, którego było sporo, który nadal jest duży.
Uczelnia, zaliczenia, egzaminy... no niestety - sesja trwa. Ale patrzę na to inaczej teraz - jeśli nie teraz, to zawsze kampania wrześniowa czeka :) Mam w sobie dużo optymizmu.
Informuję coraz więcej znajomych o mojej orientacji... jest to dla mnie trudne, ale o ile łatwiej mi to powiedzieć, gdy teraz mam kogoś. O tym jeszcze nie mówię, by nie szokować zbyt bardzo.
Moja jedna kumpela, którą poznałem kilka lat temu na rekolekcjach (mój okres bycia nastolatkiem to fascynacja chrześcijaństwem) też się wczoraj o tym dowiedziała. Trudno mi było jej o tym napisać smsem (mieszka kawałek jednak ode mnie i nie widujemy się często), zwłaszcza że wiedziałem że coś czuła albo być może czuje do mnie.
Nie przekresliła mnie.
Powiedziała, że potrzebuje czasu... że uważa to za chorobę. Rozumiem ją. Zareagowałbym podobnie.
Ale i tak się cieszę najbardziej z tego, że jej nie zraniłem - bo napisała, że kiedyś coś do mnie czuła, ale teraz już nie i obecnie traktuje mnie jak młodszego brata.
A więc żyję sobie. Trochę jakby ciągle pijany szczęściem. Kto nie przeżył zauroczenia nie zrozumie tego, co czuję.
Nie chcę nazywać tego, co czuję do Krzysia. Może to tylko fascynacja, jakieś zauroczenie. Może to tylko radość poznania człowieka, który podobnie myśli i który jest piękny zarówno duchowo jak i fizycznie.
Ale zależy mi na nim. Ciągle piszemy smsy, gadamy na gadu-gadu. Chciałbym, żeby przy mnie był. Ale nie da rady - sesja, sesja, sesja. Prawdopodobnie jednak będziemy widzieć się w piątek. Chciałbym wcześniej. Zobaczymy, może się uda. Tęsknie za nim.
Odnosząc się do ostatnich komentarzy na blogu... To wszystko nie tyle brzmi zatrważająco szybko i niewiarygodnie. To po prostu brzmi niepodważalnie niepoważne.
Ale los pisze czasem scenariusze, których na logikę się nie da zrozumieć.
Chciałem prowadzić tego bloga, by się żalić na los bycia homoseksualistą. Być może po to, by jakimś cudem zainteresować kogoś podobnego swoimi problemami. Być może po to, by kogoś poznać...
A teraz?
Teraz chcę go nadal prowadzić. Może z Krzysiem nie wyjdzie, może po tym okresie fascynacji przyjdzie czas na rozstanie. Nie chcę tego i boję się strasznie tego, iż może się tak stać.
Ale chcę prowadzić nadal tego bloga - być może dam komuś nadzieję.
Może ktoś coś zrozumie.
Może zacznie postrzegać homoseksualistów jak coś więcej niż sexspotkania, zakłamanie i zło.
Jestem normalny jak każdy inny człowiek na świecie. Tylko ciało kobiece mnie nie pociąga. Pociąga mnie męskie ciało.
Naukowcy się spierają, jakie są tego czynniki. Stwierdzili już dawno, że to jednak nie choroba.
Ja nie wiem, nie znam się, nie jestem naukowcem.
Wiem tylko, że ja tego nie wybrałem (jak można chcieć czegoś tak trudnego?!) i wiem też, że zawsze było tak, iż bardziej interesowało mnie ciało mężczyzny niż ciało kobiety.
Czy wierzycie w miłość od pierwszego wejrzenia?
Ja nie wierzyłem...
Obecnie jestem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie.
Ale po kolei...
Poznany chłopak okazał się być kimś wyjątkowym. Nie wiedziałem, że można mieć tyle wspólnych zainteresowań... Ja nawet nie wiem jak to wszystko opisać, endorfiny uderzają radośnie w każdą komórkę nerwową mojego organizmu.
Poszliśmy do knajpy... byliśmy obydwaj spięci niesamowicie, dało się to wyczytać ze słów, z ruchów. Dobrze, że ludzkość wynalazła piwo.
Gadaliśmy, gadaliśmy, piliśmy, paliliśmy (tak, nawet to się pokrywało). Już po pierwszej godzinie nie pragnąłem niczego więcej jak dotknąć, jedynie dotknąć jego dłoni.
Wyobrażałem sobie zupełnie podświadomie, że wtedy, kiedy idzie do toalety to ja idę z nim i po prostu go całuję.
To się nie wydarzyło. Byliśmy w miejscu publicznym, w normalej knajpie - a nie żadnym gej barze. Dlatego tylko rozmawialiśmy. Śmialiśmy się, znaleźliśmy płaszczyznę porozumienia praktycznie od razu. Spotkanie rozpoczęło się o 14:30... wychodziliśmy stamtąd grubo po 23.
Przez cały czas nie mogłem uwierzyć, że on nadal ze mną siedzi. Że po prostu nie wypił jednego piwa i wyszedł - przecież mógł tak zrobić i zrozumiałbym to, choć zabolałoby mnie to potężnie.
Ale on dalej siedział, były momenty kiedy nic nie mówiliśmy i tylko patrzyliśmy się na siebie, uśmiechając się nieśmiało.
Boję się gejowskich ruchów, nazwę to brzydko: boję się przegiętych ciotek. Facet siedzący na przeciw mnie może nie był 100% samcem alfa, ale był męski i choć czasem dało się zauważyć to, że jest gejem, to było to dla mnie urocze. Sam zresztą mam takie zachowania i zdaję sobie sprawę z tego, że nad tym się nie da zapanować, bo leży to w naturze.
Nie użyłem jego imienia... ma na imię Krzyś. Krzysztof. Jakie piękne imię...
Powiedziałem mu wcześniej, iż u mnie nie ma nikogo w domu, bo mama wyjechała i że jeśli miałby ochotę to mógłby wpaść (właściwie napisałem na gadu-gadu). Nie miałem złych zamiarów. Ale po prostu stwierdziłem, że może byłoby przyjemnie zobaczyć razem jakiś film.
Powiedział, że właśnie 5 minut temu odjechał jego ostatni autobus. Nie ma czym wrócić do domu. Zaprosiłem go do siebie.
Uprzedziłem, że będzie mi wstyd, bo w mieszkaniu dzień wcześniej wylądowałem z kumpelą i miałem zajęty cały piątek i mam bajzel, że masakra.
Powiedział, że mu to nie przeszkadza.
Weszliśmy do mieszkania. Od razu zacząłem sprzątać, proponować coś do zjedzenia. Nic nie chciał. Dalej rozmawialiśmy. Zrobiła się jakoś trzecia czy czwarta nad ranem. Powiedział, że jest zmęczony i chciałby iść spać. Już wcześniej pościeliłem mu łóżko w gościnnym pokoju (moje łóżko w moim pokoju było i tak niepościelone).
Obiecaliśmy sobie już w knajpie, że się dziś przytulimy. Że nie chcemy niczego psuć, że chcemy się tylko przytulić. Właściwie obiecaliśmy sobie "misia". Żeby się przytulić.
Tak więc, gdy powiedział, że jest zmęczony to zapytałem czy pora na misia. Powiedział, że tak. Przytuliłem go. Nigdy nie byłem tak zestresowany. Nigdy nie przytulałem mężczyzny w ten sposób. To było coś czystego i pięknego. Po czym powiedziałem, że idę do pokoju. Trochę zdenerwowany i onieśmielony.
Zrobił minę i powiedział, że wolałby, żebym jeszcze został... po prostu został. Zostałem więc. Położyliśmy się razem wtuleni. To wszystko było dla mnie jak z najpiękniejszej baśni.
Pocałowaliśmy się. Nigdy się nie całowałem z nikim. A już na pewno nie w ten sposób. Nie wiedziałem, jak mam się zachować. Co do cholery robić z tym językiem, żeby było dobrze?
Nie wiem, czy robiłem tak jak powinienem. Po prostu zadecydowały o tym uczucia.
Poprosił o koszulkę, Przebraliśmy się i położyliśmy się obok siebie. Wtuleni w siebie tylko w bieliźnie i koszulkach.
Czy wiecie jak on pachniał? Nie mówię o perfumach, ale o zapachu ciała... To nie był pot - chociaż może, nie wiem. To był jego zapach, jego ciała. Nic tak nie pachnie. Tego nawet nie można opisać. Zasnęliśmy.
Pamiętacie, że pisałem, że marzę, by obudzić się wtulonym w ukochaną osobę? Obudziłem się właśnie tak. Obudziło mnie jego mruczenie przez sen. To nie chrapanie, tylko takie mruczenie przez sen. Tego też nie potrafię dobrze opisać.
Wstałem delikatnie, żeby go nie obudzić. Pomyłem naczynia, wyniosłem śmieci, ogarnąłem kuchnię, poszedłem do sklepu po bułki i rogale. Przygotowałem śniadanie.
Trochę to zajęło, a mój... tak właśnie - MÓJ spał dalej. Położyłem się... nie potrafiłem się powstrzymać i wtuliłem się w niego, obdarzając cichutkimi i delikatnymi pocałunkami jego rękę, plecy... nie widziałem nigdy tak wspaniałego ciała. Wpatrywałem się w niego... obudził się.
Nie mogliśmy zacząć dnia inaczej jak od wymiany pocałunków i wzajemnego przytulania się. Nie wiem, czy to trwało raczej minuty, czy kwadranse, a może godziny....
Zanim się obudził bałem się... że gdy wytrzeźwieje i otworzy oczy - po prostu się ubierze i wyjdzie z przepraszającą miną.
Nic takiego się nie stało. Zjedliśmy wspólnie śniadanie. Okazało się, że mama nie wróci w sobotę, tylko w niedzielę. Jakoś nawet nie musieliśmy sobie mówić, że zostanie.
Spaliśmy razem (w sensie wtuleni obok siebie - bez kontekstów), jedliśmy wspólnie. Obejrzeliśmy dwa filmy, pokazywaliśmy wzajmnie swoich znajomych. Rozmawialiśmy na płytkie tematy, na temat o duchowości, postrzegania świata. Rozmawialiśmy, choć tulenie było równie niesamowite :)
Tyle razy mówiłem mu, że jest piękny. Wspaniały. Ze szklanymi oczami zapytałem w pierwszą noc jak może mu się podobać ktoś tak brzydki jak ja. Ale on nie uważa, że jestem brzydki. Uważa, że też jestem piękny... pociągający... dalej nie mogę w to uwierzyć.
Chciałem też napisać jedną rzecz. Pozwoliliśmy sobie na więcej w drugą noc... nie mogliśmy się powstrzymać. Choć długo się powstrzymywaliśmy. Znaczy się - nie będę tutaj tego opisywać, ale to na prawdę nic takiego z czym się kojarzy homoseksualna miłość.
Chciałem tylko napisać, że to nie jest tak jak na porno filmach. Porno to porno - aktorstwo i zastrzyki na erekcję.
Życie akurat potrafi zarówno zaskoczyć pozytywnie jak i rozczarować. Można się nawet rozczarować samym sobą. Zwłaszcza jeśli Twoje ciało nie jest przyzwyczajone do "obcego" dotyku...
Ale to nieważne, to dopiero początek. Mam taką nadzieję.
Trzeba się siebie wzajemnie nauczyć i zrozumieć.
Wyjechał niedawno. Jakieś dwie godziny temu. Już tęsknię. Na szczęście nie mieszka za daleko. Studiuje w tym samym mieście, w którym ja mieszkam i też studiuję.
Nie pisałem przez te dni, bo powiedziałem mu, że nie chcę jeszcze by poznał adres bloga - on to uszanował.
Chciałem to wszystko napisać nie dla zgorszenia heteroseksualistów, czy dla podniety dla homoseksualistów.
Chciałem napisać to dla osób, które nie wierzą, że można odnaleźć miłość. Uwierzcie - da się, próbujcie.
Nam się udało odnaleźć siebie nawzajem na portalu, na którym pokazuje się nagie zdjęcia i pisze o preferencjach seksualnych i szuka się kogoś na "szybki numerek". Ale gdzieś tam są jeszcze normalne profile. Są profile osób, które chcą czegoś więcej niż tylko seks.
Ja wiem, że to wszystko jest nie do uwierzenia. Ja w to nie mogę uwierzyć, a co dopiero ktoś, kto to czyta.
Czy wierzycie w miłość od pierwszego wejrzenia?
Ja nie wierzyłem. Ale teraz wierzę.
Mam chłopaka.
Jestem podekscytowany. Za godzinę będę siedział z poznanym przez internet chłopakiem.
Nie wiem czy to randka ;) Raczej nie.
Po prostu idę z nim na piwo.
Boję się jak sam skurwysyn.
Po pierwsze: nigdy nie poznałem kogoś w realu uprzednio poznając go w Internecie.
Po drugie: nigdy nie umówiłem się z chłopakiem.
Boję się. Najbardziej wzajemnego rozczarowania.
Głowa do góry, pierś do przodu. Wdech, wydech.
Trzymajcie kciuki...
Wczoraj po północy dostałem informację na pewnym portalu z nr gg i zapytaniem o chęć rozmowy. Przystanąłem na propozycję, nie wróżąc nic dobrego. Jakże się myliłem...
Gadaliśmy na gadu-gadu do około 5:30. Nie wiedziałem, że można mieć tak wiele wspólnego ze sobą.
Gdyby robić test na zgodność osobowości to wyszłoby pewnie koło 90% ;)
Nigdy nie czułem się tak lekko i dobrze. Na uczelni pomimo 1 egzaminu, dwóch koloso-kartkówek i kolosa i 1 godzinie snu czułem się świetnie. Wpisy w indeksie: 3 piątki, jedno 4.5 stanowiły wisienkę na torcie.
Zainteresowałem kogoś swoją osobą - być może nic z tego nie wyjdzie, ale odkryłem, że mogę być kimś atrakcyjnym dla kogoś - bo ten ktoś "mnie kupuję".
Teraz - 3:25 na zegarze w kuchni, a ja właśnie skończyłem rozmowę. Tym razem odważyłem się na Skype. Nie było łatwo, biorąc pod uwagę, że głupie zamawianie pizzy przez telefon to strasznie nielubiana i uciążliwa przeze mnie czynność.
Zakładam szczerość od początku do końca, jeśli czegoś nie chcę powiedzieć to mówię: przyjdzie na to czas, a ta osoba to szanuje. Cieszę się.
W piątek mamy się spotkać realnie, w knajpie, na piwie. Boję się jak cholera. Kto kogo rozczaruje? A może się pozytywnie zaskoczę?
Nie pisałem tutaj jeszcze o moich problemach, boję się, że zrażę nimi właśnie tę osobę, na której obecnie mi tak zależy.
Pragnę się spotkać... do tej pory nie powiem o tych problemach. Czy to złe? A może to normalne, że ludzie nie od razu o sobie wszystko wiedzą. Nie chcę kłamać, nie chcę obnażyć od razu całej prawdy. Czy mogę po prostu dać sobie i jemu szansę?
Palę już drugiego papierosa. On też pali. Na całe szczęście.
Powiem mu o moich problemach zaraz po spotkaniu. Tak postanowiłem. Spotkamy się, pogadamy, odkryjemy się przed sobą na tyle, na ile każdy z nas chce i potrafi.
A potem wyznam całą prawdę, bo nie chcę kłamać. Do tej pory nie skłamałem, jedynie przemilczałem prawdę. Zrobię to pewnie drogą internetową.
Czy niemówienie wszystkiego jest złe? Czy jest to już kłamstwo?
Było tak pozytywnie, a teraz się po prostu boję. Że ta osoba po poznaniu moich problemów ucieknie daleko gdzie pieprz rośnie.
Poinformowałem smsem kolejną osobę o tym, że jestem gejem.
Dlaczego?
Nie mam odwagi tego powiedzieć wprost. Zrobiłem to tylko raz i wiem jakie to było ciężkie.
Nie obyło się bez łamiącego się głosu i skrywanych łez.
Jeśli czyta to jakikolwiek człowiek nienawidzący gejów, to chciałbym mu coś powiedzieć: to nie jest dla wielu z nas łatwe. Wielu z nas potrzebuje wielu lat by zaakceptować ten stan rzeczy. I jeśli sądzisz, że to nasz wybór, to muszę Cię poinformować, że tak nie jest.
Nie generalizuję, nie piszę więc: dla większości, bo nie wiem czy byłaby to prawda.
Piszę tylko na podstawie innych blogów, rozmowy z "poznanym na nowo" facetem (gejem).
Wracając do pierwszej myśli tego wpisu... parę osób wie o mojej orientacji. Przeżywam tzw. comming out. Przeżyłem pierwszy etap przyznania się przed samym sobą, że jestem homoseksualny.
Zajęło mi to około 5 lat. Może więcej.
Przez ten cały czas oszukiwałem siebie, wmawiając sobie, że to tylko przejściowe.
Zawsze marzyłem o małżeństwie. Wspaniałym domie, żonie, dzieciach i psie.
Dlatego oszukiwałem siebie.
Kiedy mój przyjaciel opowiedział o historii męża jego siostry, który doprowadził do rozwodu przez to, że prowadził podwójne życie, będąc aktywnym gejem i mężem rodziny, wstrząsnęło mną. Od tej pory postanowiłem, że zostanę sam do końca życia. Nigdy nie dopuszczę do tego, by ktoś tak bardzo cierpiał. Bo cierpiał i on, i żona, i ich maleńka córeczka...
Po tym wydarzeniu i tej historii (to było jakieś dobrych kilka miesięcy temu), tak jak już wspomniałem, postanowiłem zostać sam.
Jednak uświadomiłem sobie, że jestem jaki jestem i nie mogę tego zmienić.
Przyszła ulga, zaraz potem porażający strach. Strach przed brakiem ackeptacji przyjaciół, znajomych, rodziny... i porażający strach przed samotnością.
To wszystko to trochę zaprzeczanie samemu sobie i zdaję sobie sprawę, że piszę dość nieskładnie, ale są to tak intymne rzeczy, które jest mi tak ciężko wyartykułować, iż mam nadzieję, że czytelnicy przebrną jakoś przez tę plątaninę myśli i uszanują ją.
Dla uporządkowania... Od lat okłamywałem siebie co do orientacji, nie chcąc tego zaakceptować. W końcu przyznałem się przed samym sobą i nie tylko przed samym sobą. Jestem na etapie comming-outu prywatnego. Mówię o tym ludziom, którym ufam.
Chciałbym jeszcze wiele napisać, ale może innym razem.
Jeżeli czytasz tego bloga... jeśli coś Cię zaintrygowało.... jeżeli przeżywasz to samo, albo może nie zgadzasz się ze mną zupełnie... nie bój się komentować.
Znalazłem ten filmik na innym blogu, myślę że warto obejrzeć. Trwa nieco ponad 4 minuty. Nie zaprzeczam i nie potwierdzam treści zawartych w tym filmiku. Zresztą, co ja mogę potwierdzać czy zaprzeczać, skoro sami naukowcy nie wiedzą...
Kiedy powiem sobie dość
A ja wiem, że to już niedługo
Kiedy odejść zechcę stąd
Wtedy wiem, że oczy mi nie mrugną, nie
Odejdę cicho, bo tak chcę
I ja wiem, że będę wtedy sam
Nikt nawet nie obejrzy się
I ja wiem, że będzie wtedy cicho
I tylko w Twoje oczy spojrzę
Tę jedną prawdę będę chciał znać
Nim sam zgasnę, sam zniknę
Usłyszę w końcu to, co chcę
Czy warto było szaleć tak - przez całe życie?
Czy warto było spalać się - jak ja?
Czy warto było kochać tak - aż do bólu?
Czy mogę odejść sobie już?
Nie chcę żałować żadnych chwil
Chociaż wiem, że nie było kolorowo
Nie chcę zostawić żadnych łez
Chociaż wiem, że czasem bolało
Uśmiechnę się do swoich myśli
Zcałuję z Ciebie cały blask, o tak
Powoli zamknę w sobie przyszłość
Pytając siebie raz po raz, o nie
Czy warto było szaleć tak - przez całe życie?
Czy warto było spalać się - jak ja?
Czy warto było kochać tak - aż do bólu?
Czy mogę odejść sobie już?
Bez żalu, nie!
Czy warto było szaleć tak - przez całe życie?
Czy warto było spalać się - jak ja?
Czy warto było kochać tak - aż do bólu?
Czy mogę odejść sobie już?
Bez żalu, nie!
Czy warto było szaleć tak - przez całe życie?
Czy warto było spalać się - jak ja?
Czy warto było kochać tak - aż do bólu?
Czy mogę odejść sobie już?
Myśli samobójcze? Czy przeciętny Kowalski przeżywa trudne chwile na tyle, by choćby pozwolić sobie na takie myśli?
Nie, nie jestem samobójcą. Jestem zbyt dużym tchórzem, by to zrobić.
Ale myśli te pojawiały się w moim życiu i to nie ze względu na moją seksualność, ale ze względu na niepoukładane życie, do którego sam doprowadziłem. Choć nieukrywam, że złe przeżywanie seksualności też ma negatywny wpływ na moją osobę.
Życie ludzkie nie jest oderwane od rzeczywistości. Wszystko, co nam się przydarza, osoby które spotykamy, sytuacje które nam się przytrafiają, ma wpływ na nas. Zwłaszcza w okresie dzieciństwa, dojrzewania...
Moje życie nie było usłane różami, ale to też nie tak, że doświadczyłem tylko zła. Można powiedzieć, że jestem przeciętniakiem emocjonalnym.
Mówię ogólnikami, bo chyba jeszcze nie czas na prezencję wszystkiego. Ale ten czas nadejdzie.
Cały mój problem polega na wrażliwości. Ostatnio poznałem na nowo osobę z problemami, które są lustrzanym odbiciem moich. Oczywiście nie wszystkich, lecz niektórych.
W rozmowie osoba ta próbowała zwrócić uwagę na moje dobre strony, podkreślając właśnie wrażliwość.
Ale ja pierdolę tę moją wrażliwość.
Same z nią kłopoty.
Właśnie obejrzałem Rockiego Balboę.
Jakież to dziwne, ile pokładów nieodkrytych sił leży w naturze człowieka. Jaki potencał drzemie czekając na poznanie i wykorzystanie.
Jestem człowiekiem, który ceni muzykę. Muzyka jest dla mnie czymś ważnym. Niejednokrotnie słuchając pewnych kawałków czuję przypływ magicznych sił. Szkoda tylko, że tuż po wyjęciu słuchawek rzeczywistość nie zmienia się. Czy muzyka mnie więc oszukuje? Myślę, że prędzej oszukuję sam siebie. Przecież nuty nie zabrzmią same. Potrzeba muzyka, który wydobędzie z suchego zapisu kropek, krzyżyków, lini to, co ma duszę.
Oglądając Rockiego płakałem. Sam nie wiem czemu łzy cisnęły się do oczu. Dlaczego nie ma we mnie tyle determinacji do zmiany siebie, do odkrycia siebie na nowo?
Wiem, że to tylko fikcja... ale cóż z tego? Na codzień widzę ludzi, którzy kochają to, co robią.
Którzy wkładają w codzienność całe serce. Są oni nieliczni, ale są.
Jak ja bym chciał odmienić swoje życie... z drugiej zaś strony, jak bardzo boję się wysiłku, który musiałbym włożyć w swoją przemianę...
Cieszę się, że prowadzę tego bloga. Nikt z moich znajomych go nie zna. Podejrzewam, że obecnie nie czyta go nawet żaden przypadkowy internauta. Nie ukrywam, że chciałbym, by ktoś się zainteresował moją pisaniną. Mam jednak świadomość, że moje niewesołe wynurzenia mogą być dla kogoś nudne.
Czy uprawiam na tym joggu eksibicjonizm emocjonalny?
Tak. I piszę tu o rzeczach najbardziej intymnych.
Dlaczego?
Bo wydawało mi się, że z nikim nie mogę szczerze porozmawiać. Że nikt mnie nie zrozumie.
Ale los bywa przewrotny...
Poznałem dziś osobę, która przeżywa kropla w kroplę to samo co ja. Nie wiem czy słowo "poznałem" jest odpowiednie, raczej "poznałem na nowo", bo osobę tę znam już trochę.
Poznałem osobę, która tak samo boi się samotności, choć przeżywa to inaczej niż ja.
Osobę, która rozumie moje obawy i problemy.
Ta osoba dała mi dużo nadziei. Wlała w moje serce ciepło poprzez swoją wyrozumiałość i słowa, które potrzebne były jak opatrunek na krwawiące mocno rany.
To wszystko brzmi tak doniośle, wręcz pompatycznie a może nawet melancholijnie. Tak miało być, bo tak to przeżywam.
Nie stać mnie na napisanie żadnych konkretów, zbyt wiele myśli kołacze się w mojej głowie. Zobaczymy jak zmieni to noc.
A co jeśli siebie nienawidzę? Nie cierpię, nie znoszę?
Nienawidzę w sobie swojego charakteru, swojej seksualności, swojego wyglądu, tego jak się zachowuję i traktuję innych.
Bywa czas, że mam ochotę zapomnieć o tym wszystkim, o uczelni, o mojej przeszłości, moich problemach, o sobie samym.
Bywa czas, że mam ochotę uciec. Uciec daleko stąd.
Straciłem całkowicie serce do studiowania, od tego roku zacząłem dwa kierunki i to mnie zgubiło, do tego wiele innych zajęć. Za dużo srok za jeden ogon.
Jestem na etapie ucieczki i odnalezienia siebie, bo już dawno zatraciłem to kim jestem i czego pragnę.
Wiem tylko jedno, że pragnę osoby, przy której potrafiłbym się przepoczwarzyć z paskudnego robala w pięknego motyla. Jak to pięknie i poetycko brzmi (o autoironio!). Ale taka jest prawda.
Mam przyjaciół, ale ich porzucam. Oni nie znają prawdy i nie chcę by ją poznali, boję się odrzucenia. Ja nie akceptuję siebie, a co dopiero oni...
Uciekam od przyjaciół, odsunąłem się od nich na tyle, by utrzymywać płytkie relacje i nie rozmawiać o problemach.
W końcu rozmawianie o problemach jest niemodne.
Nie radzę sobie z samym sobą, zewnętrznie nie dzieje się nic złego. To tylko ja. Ja i moja chora i poraniona psychika. Tak długo już się zbieram, by zawitać w gabinecie psychologa. A tu ciągle odwagi brak.
Strach to moje drugie imię.
English transation (more or less):
What if i hate myself? Just hate?
I hate my character, my sexuality, my apperance, way i behave and treat other people.
There is a time that I want to forget about everything, about university, my past, my problems, about myself.
There is a time when i want run away. Far far away from here.
I don't want to study, I 've started studying two subjects this year and it wasn' t good choice. I 've got other things to do too.
I want to escape, find myself... It 's been a while when I forgot who I was and what i desired.
I know only one thing: i desire person which could help me to transform from worm to butterfly. It sounds so poethic and beautifully. But it 's true.
I 've got friends but I avoid them. They don 't know true and I don 't want them to know it. I 'm scared of not being accepted. I don 't accept myself...
I 'm avoiding friends, I 'm so far away to keep not too deep realtionship with them and don 't talk about problems.
Talking about problems is 't trendy nowadays.
I can 't manage myself, there is nothing wrong happening outside. It 's all about me. Me and my sick and hurt mind. It takes so long time me to go to psychologist... but I still don 't have enough courage...
Fear is my second name.
